reklama: depilacja laserowa Opole | kwas hialuronowy dermologic | koktajle do mezoterapii |

Elektrośmieci Szkło Papier Metale Baterie Niebezpieczne Bioodpady Samochodowe recykling - menu


Reklama:



Salon kosmetyczny Opole usuwanie zmarszczek opole koktajle do mezoterapii Szukasz dla suchej skóry i cery kremu nawilżającego? Sprawdź kwas hialuronowy dermologic. Jeśli masz suchą skórę wypróbuj krem do twarzy z kwasem hialuronowym. Nie ma nic lepszego dla nawilżenia Twojej skóry.

spływy kajakowe Mała Panew opolskie | kajaki Mała Panew

Cierpisz na brak włosów, przerzedzone włosy na głowie. Skorzystaj ze sposobu na włosy: mikropigmentacja skóry głowy Odwiedź miejsce, w którym znajdziesz rozwiązanie na problemy skóry głowy i włosów. mikropigmentacja głowy Klinika Włosa- to miejsce, gdzie twoje włosy odżyją. |
 

Szukaj:

Aktualności

Ankieta

Co, według Ciebie, oznacza pojęcie *zrównoważony rozwój*?



1213 odpowiedzi na pytanie
pozostałe ankiety
Serwis zbudowany dzięki wsparciu Narodowego Funduszu Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej

Rewolucja pod blokiem


07 maja 2010

Blokowisko Mazowieckiej Spółdzielni Mieszkaniowej. Jedno z największych w Płocku: wielka płyta, część bloków nieremontowana od lat, chodniki dziurawe. Między blokami przy ul. Lachmana wzrok przyciąga estetyczny biały domek z zielonym dachem. Przed wejściem pojemniki na szkło, makulaturę, resztki kuchenne, pieluchy. Przeznaczenie domku zdradza napis na ścianie: "Kontener do gromadzenia i segregacji odpadów".

W środku pełno czarnych worków na śmieci w okrągłych stelażach. Drobna szatynka myje w zlewie plastikowe butelki. Na sobie ma zielony kombinezon i żółte, gumowe rękawice. Gdy słyszy trzaśnięcie drzwiami, odwraca się. Na jej twarzy widzę uśmiech.

Dorota Szymura od trzech lat pracuje w osiedlowej minisortowni śmieci. Ma 32 lata, choć sprawia wrażenie dużo młodszej. Chętnie opowiada o sobie. Nie kryje, że nie skończyła nawet szkoły podstawowej.

- Tak mi się życie ułożyło - zostałam z trzema synami sama. Wiele lat nie mogłam znaleźć legalnego zajęcia. Pracowałam to tu, to tam. Zawsze na czarno. Wszystko zmieniło się, gdy trafiłam tutaj - wspomina.

Z dumą oprowadza mnie po swoim dwupokojowym królestwie. Dzięki klimatyzacji nie czuć nieprzyjemnego zapachu typowego dla zakładów utylizacji.

Tłumaczy spokojnie, do czego służą worki. Jest ich tu ponad 20. Osobne na szkło kolorowe, osobne na białe, kolejne na metal, papier, folię (oddzielnie na grubą i cienką). Pod ścianą regał z pudłami na "mniej popularne śmieci" - baterie, leki. Obok zlewu wielka lodówka. Tu lądują resztki jedzenia.

W drugim mniejszym pomieszczeniu - toaleta i prysznic.

- Obsługi śmieci uczyłam się kilka tygodni. W końcu opracowałam system i teraz idzie jak z płatka - opowiada zadowolona z siebie pani Dorota i bierze się do pracy.

Sięga po worek. Błyskawicznie go rozwiązuje i wyciąga zawartość. Puszka po kukurydzy konserwowej ląduje w ostatnim worku po prawej, bateria paluszek - w okrągłym pojemniku przy wejściu, kalendarz z nagimi kobietami w kolejnym worku, butelki plastikowe w zlewie, który szybko się wypełnia. Pani Dorota z każdej butelki zrywa naklejki, odkręca nakrętki. Potem butelki płucze i wkłada do zgniatarki. - Teraz są gotowe, mogą iść do kosza - śmieje się.

Tu trzeba rewolucji

System minisortowni wymyślił Andrzej Bartoszkiewicz, ekoentuzjasta z Nowej Soli koło Zielonej Góry. 54-letni absolwent ekonomiki rolnictwa w Akademii Rolniczej we Wrocławiu uczył w technikum i podstawówce chemii, biologii i rachunkowości. Miał też hodowlę zwierząt futerkowych, głównie lisów i nutrii.

- W najlepszych czasach miałem nawet tysiąc nutrii. Dobrze żyłem. Ale lubiłem pracę z dzieciakami. Szkoła to był dla mnie DDR, czyli Dodatek Do Rancza - śmieje się.

W latach 90. biznes przestał przynosić zyski. Na dodatek stracił pracę w szkole.

- Zacząłem szukać innego zajęcia. Przypomniałem sobie pewnego człowieka z huty, którego spotkałem na wycieczce szkolnej. Żalił się, że nie mają od kogo kupować stłuczki szklanej. Pomyślałem: czemu nie? Kto nie ryzykuje, nie wygrywa. Na początku jeździłem po bankrutujących fabrykach, za darmo brałem złom, szkło. A potem je sprzedawałem. Zacząłem zarabiać - wspomina.

Wkrótce zdecydował się spróbować biznesu z segregowanymi śmieciami: makulaturą, plastikiem, puszkami.

- Nie dawało się na tym zarobić. Butelki były z nakrętkami, kapslami, puszki wciśnięte w kartony. Sam to czyściłem, godzinami zagrzebany w śmieciach, ręce pokrwawione, efektów zero. Pomyślałem, że tu trzeba rewolucji. Zacząłem czytać o segregacji co się da - wspomina.

Bartoszkiewicz podejrzał też, jak to robią Niemcy i Szwedzi. - Ale tam system opiera się na dyscyplinie społeczeństwa. Wiedziałem, że w Polsce to tak po prostu nie wypali. Z kolei budowa dużych sortowni jest droga i czasochłonna - dodaje.

Traktowali mnie jak wariata

W 2002 r. Bartoszkiewicz wpadł na - wydawałoby się - prosty pomysł: by budować minisortownie na blokowiskach, w których śmieci będą segregowane na miejscu. Przy odpadach mieli pracować długotrwale bezrobotni.

- Na wszystkie sposoby liczyłem, czy to się opłaca. Wychodziło, że tak. Śmieci to biznes, na którym można zarabiać - przekonuje.

Im więcej czytał o segregacji, tym bardziej był pewien, że to może udać się w Polsce, bo Polska ma przecież ze śmieciami wielki problem. Gdy wstępowaliśmy do Unii Europejskiej, zgodziliśmy się na znaczne ograniczenie składowania odpadów biodegradowalnych, czyli takich, które można przetworzyć, zamiast wyrzucać. Do końca 2010 r. - o 25 proc., do 2013 - o 50 proc. Wszystko na to wskazuje, że nie zdążymy. A wtedy Europejski Trybunał Sprawiedliwości może nas ukarać grzywnami nawet do 250 tys. euro dziennie. Dziś jedno tylko województwo mazowieckie produkuje od 1,5 mln do 2 mln ton śmieci rocznie, z czego aż 90 proc. trafia na przepełnione wysypiska. W ciągu dwóch lat większość musi zostać zamknięta, bo nie spełnia unijnych norm.

Tymczasem dziś już wiadomo, że dzięki minisortowniom działającym na płockim osiedlu na wysypiska trafia stamtąd najwyżej 35 proc. śmieci, reszta do przerobu w hutach, papierniach, cementowniach. Taka minisortownia przynosi spółdzielni mieszkaniowej ok. 3 tys. zł zysku miesięcznie ze sprzedaży posortowanych śmieci - pod warunkiem że obsługuje tysiąc mieszkańców.

- Osiem tysięcy takich sortowni w kraju uratowałoby nas przed unijnymi karami - przekonuje Bartoszkiewicz.

Sprawdził, że małe pawilony na sortownie przy blokach można postawić prawie od ręki. Według przepisów to tylko magazyny do segregacji i przechowywania odpadów. By zbudować tradycyjną sortownię, potrzeba dziesiątek pozwoleń. Załatwianie i budowa to zwykle około pięciu lat.

Bartoszkiewicz nazwał swój system EKO AB i opatentował. Kilka miesięcy jeździł po miastach. Do projektu przekonywał samorządowców. Pomysł najpierw spodobał się burmistrzowi Bytomia Odrzańskiego. To właśnie tam powstała pierwsza w Polsce minisortownia. Działa do dziś.

- Próbowałem się przebić dalej. Wysłałem setki listów, dzwoniłem do wszystkich dużych miast. I nic. Samorządowcy przyjeżdżali do Bytomia, oglądali, wąchali. Ale traktowali mnie jak wariata. Ale ja się zaparłem - mówi Bartoszkiewicz.

Przypadkiem na jakiejś konferencji naukowej zaczepił Andrzeja Borczuka, inżyniera z Płocka. Gdy zaczęli rozmawiać, nie mogli przestać. - Od razy wiedziałem, że ten pomysł może zrewolucjonizować cały system odpadów - twierdzi Borczuk.

Inżynier do pomysłu EKO AB przekonał władze spółdzielni mieszkaniowej (MSM), w której sam mieszka. Ci podliczyli pieniądze (jeden pawilon na minisortownię kosztuje ok. 100 tys. zł) i powiedzieli "tak".

Sortują już wszyscy

Trzy lata temu na osiedlu w Płocku powstało osiem minisortowni według patentu Bartoszkiewicza. Śmieci przynosi tam pięć tysięcy ludzi.

Przyjeżdżają już wycieczki z całej Polski i z zagranicy. W ubiegłym tygodniu oglądał je Paweł Trzaska-Gerlecki z warszawskiej firmy EKON, która zatrudnia niepełnosprawnych do sortowania śmieci. - To pomysł genialny w swej prostocie. Skuteczny i opłacalny. Ma jeden feler - opłaca się tylko na blokowiskach.

System chwali Krzysztof Kawczyński, ekspert z Krajowej Izby Gospodarczej: - To naprawdę ciekawy sposób na selektywną zbiórkę. Nie dość, że skuteczny, to jeszcze uczy ludzi ekologii w praktyce, dyscypliny i daje pracę bezrobotnym.

Sortownie są czynne sześć dni w tygodniu od rana do wieczora. Pracuje w nich 15 osób. Prawie same kobiety, od wielu lat na bezrobociu. Zarabiają od 1,4 tys. zł do 2 tys. zł brutto.

53-letnia Wiesława Pietrzak wcześniej gotowała w przetwórni dżemy. Gdy sortownię zamknęli, została bezrobotna. - W domu przesiedziałam dziesięć lat. Nikt nie chciał zatrudnić starej baby, bo u nas na prowincji, nawet na najniższe stanowisko, to szukają modelek po studiach - żali się. - Gdy w wypadku zginęła mi córka, zaczęłam wariować. Mąż radził: Wyjdź z domu. I wtedy zadzwonili z urzędu pracy. To był cud. Praca mnie uratowała - opowiada.

Jan Bernatowicz, szef firmy EKO MAZ należącej do spółdzielni mieszkaniowej, która obsługuje sortownie, wspomina, że o dobrych pracowników - choć jest bezrobocie - wcale nie było łatwo. - Mieliśmy na początku więcej mężczyzn, ale się nie sprawdzili. Pani rozumie, alkohol.

Bernatowicz pamięta, że trzy lata temu nie tylko z pracownikami były problemy. Pierwsze miesiące to była wojna nerwów, czy wszystko wypali. Mieszkańcy byli nieufni.

- Gdy usłyszeli, że między blokami będziemy segregować śmieci, nie byli zadowoleni. Bali się szczurów, smrodu i walających się śmieci - mówi Bernatowicz.

Pamiętali też, że kilka lat wcześniej spółdzielnia próbowała wprowadzić sortowanie śmieci. Były kontenery - osobne na makulaturę, szkło i plastik. - Wstyd przyznać, ale ludzie wrzucali wszystko jak leci albo nie tam, gdzie trzeba. Nic z tego nie wyszło. Dopiero minisortownie zmieniły mentalność - przyznaje Bernatowicz.

To pani Wiesia mnie przekonuje

Najpierw ludzie przyglądali się z daleka. Potem zaczęli zaglądać do środka, podpytywać pracownice, zagadywać; trochę tak, jak się rozmawia ze znajomą sprzedawczynią w osiedlowym sklepie. I tak po jednej, drugiej rozmowie przynosili już posegregowane śmieci.

- Najpierw byłam zła, że pod oknem będę miała sortownię. Omijałam ją łukiem - wspomina pani Halina, emerytowana nauczycielka, która mieszka przy ul. Lachmana. Elegancka starsza pani w kapelusiku. Spotykamy się, gdy do sortowni przynosi kilka torebek. W jednej nakrętki od butelek, w drugiej czyste i zgniecione butelki po wodzie, w trzeciej resztki z kolacji.

- Wszystko się zmieniło, gdy na schodach spotkałam koleżankę z kilkoma workami. Wydała mi się śmieszna, Ale chwaliła panią Dorotkę, która tu u nas sortuje. To ja, z ciekawości, zajrzałam do pani Dorotki przez okno. Dziewczyna uwijała się nad workami jak w ukropie. Wydała mi się miła, to do niej weszłam. Opowiedziała mi, co i jak. Zaczęłam segregować. By jej pomóc, z życzliwości. Teraz nie umiem inaczej. Wnuka pouczam, jak to robić Przynajmniej w tym jestem bardziej na czasie od niego - żartuje pani Halina.

Segreguje już cała jej klatka. - Bo to się udziela i robi się łańcuch sąsiedzki.

Pani Anna, mama wychowująca trzyletniego syna Antosia, też zaczęła podobnie. - Widziałam panią Wiesię w naszej sortowni, poszłam zapytać, jak z tą segregacją.

Teraz śmieci sortuje cała rodzina: ona, mąż (pracuje w Orlenie) i nawet Antek. - Gdy zagapię się i wrzucę gazetę do zwykłego kosza, Antoś się złości. Przenosi ją do worka z makulaturą - śmieje się pani Anna.

Już wcześniej chciała segregować. Ale jakoś nie bardzo wierzyła, że to trafi do odzysku. Przecież widziała, że w pojemnikach na szkło czy papier lądują przeróżne śmieci. A teraz widzi, jak o wszystko dba pani Wiesia. - I to mnie przekonuje - mówi pani Anna.

A pani Halina dodaje: - Znam panią Dorotkę. I wiem, że ona z tego żyje i że bardzo się przykłada. A poza tym, może to zabrzmi górnolotnie, ale czuję się dobrze z tym, że ja tu, w Płocku, mogę coś zrobić dla ochrony całej ziemi.

źródło: Gazeta Wyborcza